Mam w Rodzinie bohatera- Aleksandra Chołost

Ostatni list

Nareszcie Sobota dzień wolny od szkoły, ale niestety, jak co tydzień muszę zrobić porządek w swoim pokoju. Zacznę od biurka, bo już nie mieszczą mi się te szpargały. Część rzeczy wyrzucę.

 

Mój stary zeszyt - już nie potrzebny, więc do kosza, to też mi nie potrzebne… Ooo, a to co? Jakiś nie wysłany list?... A, nie, to nie list, tylko kartka urodzinowa:

„Z okazji 93. urodzin kochanej Cioci”.

Ach już wiem, to kartka, którą miałam wysłać do mojej Cioci Broni Gospodarek, która do niedawna mieszkała w Nasutowie. Ale… niestety, nie zdążyłam, Ciocia odeszła dzień przed swoimi urodzinami.

Skoro już znalazłam tę kartkę, to może znaczy, że Ciocia na nią czeka, tam po drugiej stronie. Albo nie, kartka, to za mało, napiszę list dla Cioci i o Cioci. Ooo, a co tu mi jeszcze wypadło? Jakaś kaseta? Podpisana? Tak, całe szczęście. To jest wywiad z Ciocią, który nagrałyśmy na lekcję historii.

Na pewno też mi się przyda przy pisaniu tego listu.

 

Sz. P. Bronisława Gospodarek ul. Wiecznego Szczęścia Niebo

 

Kochana Ciociu !

Żałuję, że nie zdążyłam się z Tobą spotkać, by jeszcze raz posłuchać opowieści o Twoim trudnym, ale bohaterskim życiu, w którym zawsze umiałaś dostrzec drugiego człowieka i pomóc mu bez względu na konsekwencje.

Miałaś zaledwie dwanaście lat, gdy zostałaś sierotą. Twój ból po stracie Mamy z pewnością też głęboko przeżywał prowadzący pogrzeb wówczas ksiądz, a późniejszy błogosławiony biskup Władysław Goral – cioteczny brat Twojej Mamy.

Jako szesnastoletnia dziewczyna wyszłaś za mąż. Zapewne oprócz uczucia połączyła Cię z mężem Janem wspólnota losów, bo on także od szóstego roku życia nie miał matki. I tak dwie osierocone istoty postanowiły stworzyć nową, szczęśliwą rodzinę. Udało się, gdyż miłości w tym związku nie brakowało, ale trosk też, bo czasy były trudne.

W 1938 r. przyszedł na świat Wasz pierwszy syn, lecz już rok później Twój mąż został powołany na front. Zostałaś sama z maleńkim dzieckiem. Na szczęście mąż wkrótce powrócił do domu.

Z nagranego wywiadu dowiedziałam się ciekawej historii o Patronie naszej szkoły – Kardynale Stefanie Wyszyńskim. Opisywałaś to tak: Wczesnym latem 1942 r. przed krzyżem stojącym przed Waszym domem zatrzymał się młody mężczyzna, pomodlił się i przyszedł zapytać o stancję dla siebie, matki i siostry. Zrozumiałaś, że się ukrywają, ale oczywiście zgodziłaś się. Byłaś odważna Ciociu, wiedziałaś, co Ci grozi, jednakże nie odmówiłaś pomocy. Zgodziłaś się przyjąć ich na stancję.

Wasz dom był dość obszerny, choć bez wygód, ale gościom to nie przeszkadzało. Przynieśli ze sobą polowe łóżka i zamieszkali w jednej z izb. Nie przedstawili się jednak, nie wyjawili swego nazwiska i pochodzenia, powiedzieli tylko, że pochodzą z warszawskiego, i że przyjdzie czas, a wszystko na ich temat się wyjaśni.

 

 

Co ranek goście wychodzili z domu, udając się do pobliskiego dworu (dziś w tym budynku mieści się nasza szkoła). Wracali o różnych porach – kobiety wcześniej, mężczyzna później.

 

Czasem przygotowywałaś im posiłki. Pomagała Ci w tym 12-letnia wówczas Edzia Stefaniak (obecnie 83-letnia Edwarda Pytka – moja Babcia). Mówiła, że goście każdego wieczoru wspólnie odmawiali Różaniec.

Po siedmiu tygodniach wszyscy troje przyszli do Was podziękować za gościnę, ponieważ musieli wyruszać dalej. Pożegnaliście gości, nie pytając o ich dalsze plany.

Przechowywałaś u siebie, jak się potem okazało, późniejszego Prymasa Tysiąclecia.

Po wielu latach pobyt tak wspaniałego gościa w Waszym domu upamiętnił Wasz syn Stefan, wystawiając w ogrodzie pamiątkowy obelisk.

Pewnego dnia w czasie okupacji w Nasutowie miała miejsce łapanka. Niemcy zabierali na Majdanek. Dostała się tam Twoja siostra. W nocy zostawiłaś dziecko i poszłaś na piechotę do Lublina, by szukać możliwości wykupienia jej z rąk hitlerowców. Udało się.

Jeszcze większą odwagą wykazałaś się Ciociu, gdy któregoś lipcowego dnia siostry z Polskiego Czerwonego Krzyża przywiozły kilkoro oswobodzonych z Majdanka dzieci Zamojszczyzny. Jako jedyna ze wsi, zaofiarowałaś się wziąć do siebie siedmioletnią straszliwie przerażoną dziewczynkę. Miała na imię Wiktoria, ważyła zaledwie 16 kg, była zagłodzona i zawszona.

Tak to wspominałaś w przeprowadzonym przez nas wywiadzie:

„Szliśmy z mężem z pola, a przyjechał taki duży samochód pod remizę. Mówimy, Niemcy pewnie przyjechali łapać, bo wtedy Niemcy przyjeżdżali i ludzi zabierali, do pracy wywozili, do siebie. Ale mąż mówi: ja pójdę przez łąki, a ty idź się dowiedz, co tam jest. Ja podchodzę i pytam się, co to za samochód przyjechał, co to będzie? Jedna kobieta mówi mi, że przywieźli w tym samochodzie troje dzieci z Majdanka, które nie zostały otrute. Były już zamknięte w komorze i wpuszczono truciznę. I te dzieci zostały przywiezione przez Czerwony Krzyż, żeby ktoś wziął do siebie, żeby je trochę odżywić, a powiadomiona rodzina przyjedzie po dzieci i je zabierze do domu. Była tam Wichcia – 7 lat i dwóch chłopaczków. To ja zaraz mówię: To ja mogę wziąć tę dziewczynkę. Siostra zakonna zapytała, gdzie mieszkam, to oni mi ją podwiozą. A dowiadywałam się później, to tych chłopaczków nikt nie wziął u nas w Nasutowie, tylko zawieźli gdzieś tam na Krasienin, czy na Majdan. Dziewczynka, którą wzięłam to była Wichcia – Wiktoria. Ale to było dziecko przestraszone, bite, mizerne, no jak trup już. A jedna z kobiet (Józia Kosowska) mówi do mnie „po co wy ją bierzecie, ona wam umrze i będziecie mieć jeszcze kłopot”. A ja mówię „trudno, jak umrze, to nie przeze mnie, jak do tej pory przeżyła, to może przeżyje. Będę tak robić, jak mi powiedzą te siostry z Czerwonego Krzyża, podpowiedzą mi co jej dawać, jak z nią postępować”.

No i przywieźli mi ją samochodem na podwórze, bo ono by nie doszło na piechotę. Zostawili mi trochę leków i powiedzieli, że jutro tu zajrzą i przywiozą, to co dla niej potrzebne. Powiedzieli mi, żeby jej ugotować kleiczku i dawać tylko po łyżeczce, po łyżeczce i przestawać, bo ona jest tak wygłodowana, że jak się naje, to może umrzeć. No i ja się bałam, przecież nie żałowałam jej jedzenia, ale trzeba ją po troszku przyzwyczajać do jadła, bo jest okropnie wygłodowana. A ona bez przerwy wołała „jeść, jeść”. To ja jej tak tłumaczyłam, siedziałam przy niej i mówię: „Wichciu, będziesz wszystko jadła, ty już teraz jesteś wyzwolona od Niemców, już teraz cię nie będą bili, nie będą ci nic robić, tatuś po ciebie przyjedzie i mamusia. A ja teraz nie mogę ci dać dużo jeść, bo jak byś dużo się najadła, to byś umarła”. No i zgodziła się.

Był lipiec, było cieplutko. Nagrzałam wody w balię i trzeba było ją umyć, bo włosy – to był jeden strup na głowie, włosy sterczały na sztorc, a w głowie okropne wszy, samo robactwo i strupy. Obcięliśmy jej włosy, tyle ile można było, bo na głowie miała same strupy i wszy. Sukienkę to miała gorszą, jak ten chodnik pod nogami, taką ubrudzoną, aż sztywną z brudu. Na drugi dzień przyjechały siostry z Czerwonego Krzyża, przywiozły leki i truciznę od robactwa. Kazały głowę spryskać tym lekarstwem i zawinąć w chusteczkę. I to robactwo się truło i wyłaziło. Trzeba było jej osobno pościelić spanie, nie kłaść razem z nami. Miałam też kłopot, w co ją ubiorę, bo tę jej sukienkę to spaliliśmy. Nie miałam nic, co by na nią pasowało, nie miałam córki tylko syna. Wysłałam męża do Gienki, żeby coś dla niej uszyła, bo nie mam jej w co ubrać. Wyjęłam ją z tej balii i okręciłam w ręcznik, a mąż poszedł do moich sióstr i przyniósł, co było, jakąś za dużą sukienkę, ale Helena obiecała, że postara się coś dla niej uszyć. Po kąpieli pospała, ale ciągle wołała „jeść, jeść”. Siostra moja powiedziała, że trzeba pojechać z nią do lekarza. Poprosiłam mojego ojca, żeby przyjechał końmi i pojedziemy do lekarza. Bo trzeba, by coś dał na te strupy, żeby się goiły.

( poniżej chcę zaprezentować czytającym oryginalną mowę mojej Cioci)

A Wichcia, późni tak opowiadała, że było ich dużo i do takiego baraku kozały nam wszyskiem póść i zamkneny nas, a mało śmy się nie wydusili. Tak coś śmierdziało. Ale, mówi, chodziła tako pani po środku, w długi biały sukience, w welunie i tak nas z pocieszała”. A to pewno była Matka Boska. I podobno dwa razy ich truły i ich nie zatruły. Późni ten Czerwony Krzyż, tych dzieci, co przeżyły, to rozwoził po wsiach, żeby powiadomić rodzinę, że uny przeżyły. A Wichcia była z zamojskiego. I pytałam się ji, jak to ciebie złapały, a una mówi; „chodziły Niemce u nas po wsi i tatuś z mamusio się schowały, bo ich zabiero, a dziadzio stary i ja i braciszek zostaliśmy i uny zabrały i dziadzia i mojego braciszka i mnie. I mój braciszek umar i dziadzio Umar, a ja przeżyłam, a ten braciszek to aż se palce pougryzał z głodu. Malutki był, cztery latka miał. Dziadzio też Umar, a un tak na dziadziu położył się i Umar”.

No i już się trochę odżywiła, na dwór śmy jo wyprowadzali, na powietrze. Una była u nas ze cztery tygodnie. I wreście ten ojciec się zgłosił. Przyszed piechotu z Niemiec, nasz adres mioł z Czerwonego Krzyża. Wszed do dumu, ale una go nie poznała i krzyczała strasznie. A un mówi do ni „Wichciu, jestem tatuś, tam mamusia jest, pójdziemy do domu”, a una się mnie tak trzymała, nie chciała iść do niego, a już i ja mówiłam „idź Wichciu, to twój tatuś”. Ojciec chciał jak najszybsi wracać do domu, chociaż bał się, czy dojdu, bo w folwarku był rzund samochodów niemieckich. No ale, wola Boska.

Ja ubrałam Wichcię, bo już miała uszytą sukieneczkę, okręciłam ją swoim szalem. Dałam mu chleba na drogę I on ją wziął na plecy i poszedł. Prosiłam go bardzo, żeby, jak tylko zajdzie do domu, by mi przysłał adres, żebym wiedziała, czy dotarli do domu.

No i nie dostaliśmy żadnej wiadomości od niego. Pytaliśmy w Czerwonym Krzyżu i siostry dotarły do matki, a o ojcu i dziewczynce słuch zaginął. Pewnie znowu ich złapali Niemcy i gdzieś wywieźli. Szkoda mi było tej dziewczynki, bo już się trochę odżywiła, podleczyła i by żyła. Ale niestety już się nie dowiedzieliśmy, co się z nimi stało”.

Wreszcie skończyła się ta straszna wojna. Mijały lata. Przyszedł czas stabilnego, spokojnego życia. Wychowaliście troje dzieci, potem przyszły wnuki, prawnuki i praprawnuki. Ostatnie 20 lat Twojego życia, Ciociu, znów nie były łatwe. Śmierć męża, Twoja choroba, kule, potem wózek inwalidzki, w końcu łóżko boleści. Przyjmowałaś to cierpliwie i z godnością.

Byłaś, Ciociu, bardzo ciepłą i serdeczną osobą, często gościłaś w swoim domu dzieci i młodzież z różnych szkół, umiałaś pięknie opowiadać, a one chętnie Cię słuchały.

Wszystko co tutaj opisałam świadczy o tym, że byłaś Ciociu odważną kobietą. Miałaś odwagę św. Weroniki. Śmiało można nazwać Cię bohaterem. Przecież bohater, to nie tylko ten, który walczy z karabinem w ręku, ale i ten, kto potrafi i chce pomagać innym w codziennym trudzie, nawet narażając własne życie. Jestem dumna, że miałam taką Ciocię.

List wyślę jutro, ale jak on do Ciebie dotrze? Ach, po co się martwię, przecież Ty i tak wszystko słyszysz. List zostanie w domu, a ja dziś pójdę na cmentarz i na Twoim grobie złożę wiązankę z biało-czerwonych kwiatów i zapalę znicz.

Opisane wydarzenia rozgrywały się w Nasutowie w czasie II wojny światowej. Potwierdzam wiarygodność faktów i osób, które znam osobiście – Grażyna Gliwka

 Autor: Aleksandra Chołost, kl. VI SP w Nasutowie