Mam w rodzinie bohatera- Jan Lewkowicz

Mała pieśniarka

Dotrzeć do miejsca jest łatwo. Do tego szczególnego także. Jadąc od strony Biłgoraja należy skręcić w prawo tuż za supermarketem w Łukowej. Po kilkudziesięciu metrach odbicie  w lewo. Jeszcze półtora kilometra i jestem. 

 

Po prawej stronie drogi rozciąga się „pustka”. Tak mówi się w Łukowej na miejsce między domami, gdzie nic nie ma. Kikuty starych drzew w głębi , cembrowina wystająca nieśmiało z ziemi,  świadczą o życiu, które było, a którego nie ma. Przecież nie tak dawno stała tu drewniana chałupa, przed nią rosły krzaki porzeczek   i jabłonie. To wszystko okalał drewniany płot, furtka trochę skrzypiąca zapraszała do środka. Od furtki wydeptana ścieżka. Za jabłoniami stała obora i stajnia. Przy końcu podwórza była stodoła, o dziwo bardziej okazała niż dom. Wiejskie obejście, jak tysiące innych w Polsce na początku XX wieku. Dziś to miejsce wspomnienia, początek mojej podróży po pejzażach codzienności. Codzienności tak trudnej, że heroicznej.

W drewnianym domku, przy piaszczystej drodze mieszkali moi pradziadkowie. Agnieszka i Franciszek Jakusiowie. Dom był skromny. Miał małe okienka, z których uśmiechały się pelargonie. Ciężkie i szerokie drzwi prowadziły do ciemnej sieni. Wchodziło się z niej  do trzech pomieszczeń. Komora, która pozwalała przechowywać najcenniejsze skarby, takie jak chleb, ziarno i Biblia, ale i obrusy, kożuchy na zimę. Była też kuchnia,  z której korzystało się tylko latem i izba, na tyle obszerna, by pomieścić domowników i przybyszów.  W izbie stał piec, który dawał ciepło, chleb i rozkoszne schronienie na tzw. zapiecku. To tam rodziły się najbardziej szalone pomysły w głowach dwóch małych dziewczynek. To tam powstał plan przetopienia na lalkę gumowej piłki. Tam powstał ogród ze wszystkich kwiatów i liści oberwanych dziecięcymi rączkami z pelargonii.

 Był to dom rodzinny  Agnieszki, do którego przychodząc po ślubie Franciszek przyniósł obraz przedstawiający życie Jezusa w paciorkach różańca. Pobrali się w listopadzie 1926 roku.  W tym domu przyszły na świat ich dzieci. Najstarsza i bardzo energiczna Eugenia, dwa lata później w 1929 roku Bolek, obrońca najmłodszej siostry. Kiedy Boluś miał półtora roku urodziła się Aniela. Potem Józef, Stefcia i Ania. Dwie najmłodsze siostry były nierozłączne, miały te same powody do radości i te same do płaczu, a tego na początku było najwięcej.

Stefcia urodziła się 24 sierpnia 1934 roku, jako małe, ale zdrowe dziecko. Niestety szybko okazało się,  że cierpi na zakażenie spojówek. We wsi był felczer i  przepisał krople    z azotanu srebra. Takie  standardowe leczenie, nawet przed wojną. Krople miały pomóc, ale po ich zapuszczeniu noworodek zaczął piszczeć i z przerwami na sen z wyczerpania robił to przez kilka dni. Lek okazał się za silny, dziesięciokrotnie. Zamiast stężenia 1 procentowego, było 10%. Malutkiej Stefci wypaliło oczy. Co czuła wtedy matka? Czy w takich chwilach nie przeklina się losu? Do kogo miała się poskarżyć? Agnieszka nosiła w sobie wiele przykrych wspomnień. Śmierć swoich rodziców Marianny i Wojciecha , dwa pożary domu i jeszcze takie hiobowe nieszczęście. Rozpacz zamieniła się  w  straszny fizyczny ból. Kiedy minął pierwszy szok, wyruszyli we trójkę, rodzice i maleńka Stefcia, do polskiego miasta Lwowa. Szli pieszo 250 kilometrów, po nadzieję. Czasami ktoś ulitował się nad nimi i podwiózł parę kilometrów. Trudna to była wędrówka, bez pampersów, z ograniczoną ilością pieniędzy, z trwogą o dzieci zostawione w domu.

Niestety nawet we Lwowie nie było cudotwórców, Stefcia miała pozostać niewidoma. Jak trudno dzisiaj być innym, niepełnosprawnym, gdy tak wiele mówi się o tolerancji i akceptacji? Jak trudno było przed wojną? Na biednej polskiej wsi, gdzie wrażliwości i empatii było tyle, co dostatku? Dzieci wołały za nią „ślepa, ślepa”, a Stefcia płakała. Wtedy obok niej siadała młodsza o trzy lata Ania, obejmowała ją i pocieszała. Potem brała do małej rączki kamienie i rzucała przez płot. To była dziecięca rozpacz i niemoc. Tak siedziały siostrzyczki pod płotem, a Stefcia mówiła: „nie rzucaj już, one są biedniejsze ode mnie. One nie wiedzą jakie to nieszczęście nie widzieć, nie wiedzą jak mi   z tym źle”. I Ania  nie rzucała, aż do następnego razu. Dziewczynki miały wsparcie w ojcu, który był człowiekiem zdecydowanym i rozważnym.  Jako nastolatek znalazł się wraz z całą rodziną w Rosji. Wrócił w 1917 roku, a w następnym ( 18 kwietnia) zmarł na tyfus jego ojciec Tomasz. By pomóc matce Jadwidze w utrzymaniu rodziny, wyjechał na Śląsk i tam zgłosił się do wojska. Służył w nim przez dwa lata (1921-1922). Nauczył się wtedy kierowania i naprawy samochodu, a także poznał język niemiecki w stopniu komunikatywnym.

Franciszek brał swoje córki na kolana i godzinami opowiadał. Szczególnie w długie jesienno-zimowe wieczory historiom nie było końca, czasami uzupełniała je Agnieszka krzątająca się przy kuchni. Wiele rodzinnych historii utkwiło dzieciom w pamięci. Śpiewali piosenki, których dzisiaj nie ma w żadnym śpiewniku. Dom był otwarty dla gości, był czas dla drugiego człowieka. Był czas na opowieść i na wysłuchanie. Więzi budowane                      w dzieciństwie przeniosły się na życie dorosłe.

Dzieciństwo Stefci przypadło na czas wojny. Już wrzesień zweryfikował dziecięce plany i marzenia. Ojca powołano do armii, żegnali się z nim wylewnie. Nie tylko rodzina, ale także sąsiedzi. Wśród tych, którzy oferowali pomoc matce z szóstką dzieci, byli Żydzi: Dawid i Hana. Niestety ich nazwisko i losy zaginęły w holocauście. Wyruszył Franciszek na wojnę, której nikt nie rozumiał, a najmniej rozumiały ją dzieci. Nikt nie wiedział co się z nim działo,  a on we wrześniu brał udział w jednej z najcięższych bitew kampanii, pod Tomaszowem Lubelskim. Potem dotarł aż do granicy z Rumunią, do domu wrócił pod koniec października 1939 roku. Przez Łukową w tym czasie przetaczały się wojska niemieckie. Po wielu latach Stefcia napisze wiersz:

Nie chcę pamiętać tych dni,

z których jeden po drugim

straszniejszą niósł grozę.

Nie chcę pamiętać

walenia butami w drzwi

i spojrzeń przenikających mrozem.

Nie chcę pamiętać

ognia, który codziennie

tysiące ludzi pożerał.

I nie chcę pamiętać prawa,

kiedy za to, że był Polakiem

 - człowiek umierał.

Nie chcę pamiętać

i nie mogę zapomnieć,

tych dni strasznego września,

one uparcie wracają do mnie

w myślach, słowach i pieśniach.

Stefcia, jako dziecko niewidzące odczuwało intensywniej i boleśniej. Postrzeganie świata przez słuch, dotyk i obce opowieści, budowało wyobraźnię  i wrażliwość. To ona jako pierwsza usłyszała kroki pod domem pod koniec października 1939 roku. Dopiero potem zaczął ujadać pies. – Ktoś idzie ciężkim krokiem, musi być zmęczony. I rzeczywiście, ścieżką szedł żołnierz. W domu zapanował strach, bo nikogo dorosłego nie było. Miały jednak dzieci nakazane, że jak przyjdzie ktoś o chleb prosić, to z pustymi rękami odejść nie może. Wszedł do domu, stary zmęczony człowiek, w którym Gienka i Aniela rozpoznały swojego ojca.

Wojna jednak trwała nadal. Nie raz i nie dwa przyszło zapłakać dzieciom w ten trudny czas. We wrześniu 1944 roku, dwa miesiące po bitwie pod Osuchami przywieziono do wsi ciało młodego chłopaka. Walczył, ale śmierci nie uciekł. W pamięci młodszej siostry Stefci, Ani pozostał obraz płaczącej na synem matki. Jak to jest być partyzantem, który widzi śmierć kolegów i wie, że podzieli ich los? Jakich chwil przeszłych i niebyłych żal wtedy najbardziej? Jak wielki może być żal, że los i czas nie dał wyboru? Czy nie lepiej mieć żywego syna niż martwego bohatera? Czy bohaterstwo to odwaga, czy konieczność i brak możliwości wyboru?

Wojna się skończyła, Stefcia podrosła i zaczęła układać wierszyki. Dyktowała je Ani. Niektórzy ze znajomych zaczęli nazywać Stefcię „małą poetką” albo małą pieśniarką” W 1946, tuż po wojnie był wielki nieurodzaj. Stefcia ułożyła wtedy wiersz:

Rok posuchy – 1946

O jak smutno na polu, nic się nie zieleni,

w każdej chacie słychać do Boga westchnienie,

O Boże kochany z wysokiego nieba,

tym ludziom na ziemi daj choć trochę chleba.

Aż ta ziemia jęczy, deszczu, deszczu prosi,

wszystko siedzi w ziemi, nic się nie unosi.

A rano wstajemy, wszystko pachnie cudnie,

Co Pan Bóg uczynił? Wodę mamy w studni.

Wiersz naiwny, prosty. Taki jak dziecko z powojennej wsi.

Stefcia rosła, dojrzewała emocjonalnie. Miała marzenia, plany, o których szeptała swojej siostrze-powiernicy. Na początku stycznia 1952 roku do domu rodzinnego Stefci przyszedł list z Polskiego Związku Niewidomych: „Zwracamy się do Was z apelem aby hasło nauki i pracy, które rzuca Polski Związek Niewidomych nie pozostawało dla Was obojętne, każde dziecko niewidome powinno się uczyć aby mogło wyrosnąć na światłego i pożytecznego obywatela Kraju”. Stefcia nie chciała jechać do Owińsk, protestowało również rodzeństwo. Jej miejsce było w domu, gdzie stopy wyczuwały nierówności podłogi, dłonie rozpoznawały sprzęty. Tu mogła swobodnie chodzić po podwórzu i słuchać kukułki. Będzie do niej tęsknić do końca. Czas płynął. Z małych dzieci porosły panny i kawalerowie. W domu z jedną izbą robiło się coraz ciaśniej. Stefcia czuła się kochana, ale nie chciała już być dzieckiem, a młodą kobietą odpowiedzialną i samodzielną. W październiku 1955 roku ożenił się jej brat Bolek. Pół roku później do Stefci przyszło zaproszenie na „kurs nauki czytania i pisania systemem dla niewidomych”. Znów Polska Ludowa przypomniała sobie o Stefci : „chcemy by każdy niewidomy był światłym obywatelem, co pozwoli mu na urządzenie własnego życia na odpowiednim poziomie.”  Stefcia nie rozumiała po co komunistom światli obywatele, ale wiedziała, że umiejętność czytania Braillem otworzy przed nią świat. Nie wystarczały jej książki czytane przez Anię i ojca, a ona miała dużo czasu i mogła poświęcić się czytaniu, gdyby … .

Kurs rozpoczął się 17 marca 1956 roku w świetlicy Polskiego Związku Niewidomych w Lublinie przy ulicy 1–go Maja 35. Ze Stefcią pojechał jej tato Franciszek. Już tego samego dnia wieczorem Stefcia posiadła umiejętność czytania. Wiesław Myśliwski w „Traktacie o łuskaniu fasoli” napisał „Książki to świat, który wybieramy, a nie na który przychodzimy”. I teraz Stefcia miała wybór. Zdecydowała też o wyjeździe do Lublina, na kurs zawodowy. Zamieszkała w bursie, zyskała przyjaciół równie doświadczonych przez los. Poznała też Tadeusza. Czy była zakochana? Nie wiadomo. Kiedy okazało się, że jest w ciąży Tadeusz oświadczył się jej. Odrzuciła go. Nie chciała litości, współczucia, poczucia winy. Zdecydowała się sama wychować dziecko. Tadeusz nalegał, pojechał do Łukowej, bo sądził że rodzice wpłynął na Stefcię. Wszystko daremnie. W marcu 1963 r. urodziła się Wanda. Stefcia nie zmieniła decyzji, a Tadeusz po roku wyjechał do Kanady. W tym samym roku, 22 lutego w sobotę rano umarł jej ojciec. 

Była niewidomą, samotną matką, pracującą chałupniczo, bez mieszkania. Sprostała obowiązkom, dzięki pomocy Ani, rodziców i przyjaciół. Czas płynął. W styczniu 1967 roku dostała mieszkanie w Lublinie przy ulicy Hutniczej 4/44. W liście do mamy, podyktowanym przyjaciółce pisze: „Mamo, oglądałam moje mieszkanie i bardzo mi się podobało, jest śliczne”. W rzeczywistości było małe, z przechodnim pokojem, miniaturową kuchnią. Ale było jej własne.                 W przedpokoju postawiła maszynę do wytłaczania małych aluminiowych części. To był jej zarobek. Tysiąc wytłoczonych elementów,  jedna złotówka.   

Wandzia, choć mała prowadziła mamę do kościoła, do sklepu. Tak jak kiedyś Ania, teraz ona była jej oczami.  Stefcia organizowała spotkania, które przybierały na sile w trudnych dla Polaków momentach. Buntowała się przeciwko władzy ludowej.  Kiedy w radiu podawano godzinę, ona sięgała do zegarka, otwierała szybkę i sprawdzała mówiąc, „nawet w tej kwestii im nie wierzę”. Pisała ironiczne wiersze i sympatyzowała z działaczami KOR-u.         W mieszkanku, między książkami trzymała nielegalne wydawnictwa, broszury KPN-u. Wanda, teraz już prawie dorosła żyła tym samym co matka. W raporcie o łamaniu praw człowieka i obywatela przez władze PRL na terenie miasta Lublina i okolic od połowy 1977 do 15 lipca 1980 roku znalazła się wzmianka  o Stefanii Jakuś i jej córce. Wanda była wielokrotnie zatrzymywana i przesłuchiwana. Poddawana rewizji osobistej bez obecności rodzica. W tym czasie była uczennicą VIII Liceum. W domu Stefci przeprowadzano rewizje wyrzucając z szaf  dosłownie wszystko. W komunikatach KOR i KSS KOR dotyczących  osób represjonowanych jej nazwisko znalazło się pod numerem 507. Była silna. Twierdziła, że władza, która budzi litość, musi upaść. Wdawała się w dyskusje z milicjantami, ironizowała, prześmiewała. Czy to była odwaga? Potrzeba chwili, odreagowania? Wielokrotnie udowadniała, że nie musi widzieć, by wiedzieć. Nie musi mieć tytułów, by rozumieć. Szła pod prąd wierna temu, co wyniosła z domu. Cieszyła się jak dziecko, gdy w 1989 roku upadł komunizm.

Na kilka lat przed śmiercią zadzwoniła do Ani i powiedziała:-  Ułożyłam wiersz – Powiedz Stefciu słucham uważnie.-  Posłuchaj. Jego tytuł to

 „Wędrówka”

Wychodzę, nie zamykam drzwi,

bo po co, przecież idę w świat.

By szukać utraconych dni.

By szukać utraconych lat.

Tam może dziecko spotkam gdzieś,

małe jak niegdyś byłam ja,

a może znajdę cichą wieś,

która mi ukojenie da.

Tam będę szukać ptasich gniazd,

by do snu się ułożyć w nich.

Spróbuje oczy podnieść do gwiazd,

choć wiem, że nie zobaczę ich.

Potem usiądę w cieniu drzew,

źródlanej wody wezmę łyk.

Może usłyszę ptaków śpiew,

a może tylko duszy krzyk.

Pójdę też pod przydrożny krzyż.

Mej małej wiary wielki znak.

Pisnę jak szara polna mysz,

bo trudno jest powiedzieć tak.

Spadaniem w dół,

Wspinaczką wzwyż,

zakończę mej wędrówki szlak.

I wrócę pod przydrożny krzyż.

I cicho szepnę: Panie, tak.

Jedno życie. U progu pełne bólu, lęku, nadziei i rozpaczy. Życie dorosłe zbudowane z przekonań i dążeń. Doświadczenia wojny i pozornego pokoju, doznanie wolności. To wszystko pomieściła w sobie drobna niewidoma dziewczynka. Nie dokonała przełomu, nie strzelała do wroga. Na ulicy skupiała spojrzenia tylko i wyłącznie swoją niepełnosprawnością.  A mimo to, zasługuje na wyróżnienie.

Każdy jest bohaterem, jeżeli dźwiga ciężar czasów i losu, jaki mu przypadł w udziale. „Mała pieśniarka” odeszła 2 lipca 2001 roku w lubelskim hospicjum.

Ta podróż w czasie nie byłaby możliwa, gdyby nie bogate archiwum rodzinne ( dokumenty, fotografie, listy, pisma urzędowe oraz te z Polskiego Związku Niewidomych w Lublinie), wspomnienia Anny Jakuś po mężu Pikora (zmarła w 2011 r.) i Anieli Jakuś po mężu Ćwik (jedyna żyjąca z rodzeństwa, mieszka w Łukowej) spisane w 2008 roku  . Wiersz Posucha zapamiętany przez Annę, zaś pozostałe udostępnione przez Wandę Rumińską mieszkającą w Lublinie – córkę Stefanii. Na stronach internetowych www.kor.org.pl oraz www.pobudka.com.pl znajduje się potwierdzenie represji wymierzonych w bohaterkę przez władzę PRL – u.